poniedziałek, 27 października 2014

trudne chwile...

Mamy czasem chorują.
Jedne chorują bardziej a inne mniej.
Ja staram się wcale. Nie tylko dlatego, że system logistyczno-organizacyjny wtedy leży w gruzach, ale też dlatego, że Mikołajek nie może się pozbierać, ogarnąć i stawić temu czoła.
Przynajmniej na razie.
Więc choruję tylko wtedy, gdy mój system potrzebuje się zrebootować.
Zamiast chorowania dbam o bhp życia (jak umiem).
Jednak w piątek strzeliło mi coś w nodze i w sobotę nie mogłam już chodzić.
W niedzielę było jeszcze gorzej, więc pojechałam do lekarza.
W nodze nic się nie urwało, ale się na tyle popsuło, że chodzenie przestało być atrakcyjne.
Do lekarza Mikołajek pojechał ze mną, akurat tak wyszło, że nie było go z kim zostawić.
Pierwsze trudne chwile w poczekalni udało się przetrwać, bo tatuś magenisiowy zabrał go na przejażdżkę do pobliskiego hipermarketu, gdzie zakupili książeczkę "Świnka Peppa".
Jednak po godzinnej wyprawie ja nadal byłam pod gabinetem.
Kolejna trudna sytuacja została zażegnana dzięki Youtube oraz piosenkom dla dzieci o pająku.
Prawdziwy dramat rozpoczął się, gdy szłam na rentgen.
Kuśtykając w kierunku gabinetu jednocześnie przyjmowałam na nogę okłady z przytulanki Mikołajka - konika oraz starałam się wyjaśnić, że zaraz wrócę i że wszystko jest w porządku, bo pani zrobi mi TYLKO ZDJĘCIE.
Do chirurga nie pozwolił mi wejść sam, na szczęście doktor był na tyle wyrozumiały, że nie przeszkadzał mu Mikołajek samozwańczo rozłożony na kozetce ;)
Gdy wychodziliśmy, rozpoczął się kolejny dramat, Mikołajek bowiem chciał w przychodni pozostać...

piątek, 24 października 2014

po konferencji bliskości rzut oka z pewnej odległości

Piszę dziś pełna refleksji po konferencji bliskości.
Myślę, że minęło już wystarczająco dużo czasu, aby pewne myśli w mojej głowie się ułożyły.
Od tygodnia bowiem o niczym innym nie myślę, tylko o tym, czy ja jestem dobrą matką.
Czy ja dobrze kocham.
Bo to może zniszczyć dziecko na całe życie....

Myślę też o tym, jak to jest z tą kontrolą. Czy dzieci to eteryczne istoty machające gołymi, różowymi nogami wystającymi z chusty i czy siedmiolatek to jeszcze dziecko czy już nie. Czy jego też dotyczy rodzicielstwo bliskości, skoro nie ma już raczej kontaktu skóra do skóry ani noszenia w chuście, są za to klasycznie fizjologiczne próby wejścia w dorosłość, usamodzielnienia się, złapania szerszego spojrzenia dzięki stopniowemu oddzielaniu się od starych poprzez bunt (nie wiem naprawdę, czy jako dobra matka mogę tego słowa używać).

Zanim się okazało, że ktoś wymyślił RB czyli rodzicielstwo bliskości, byłam już matką - a przede mną wiele pokoleń ludzkości.
Matką, która próbowała najlepiej jak umiała ogarnąć rzeczywistość, w której choroba Mikołaja stała się naszym towarzyszem, kłopotliwym, trudnym, wymagającym towarzyszem....
I do zeszłej soboty właśnie myślałam, że ja jestem matką bliskości!
Bo zawsze byłam przy Mikołaju blisko... blisko na wszystkie te sposoby, które gwarantują dziecku poczucie bezpieczeństwa....bo zawsze słuchałam jego potrzeb, usiłując je wyłuskać spośród wszystkich tych trudnych i irracjonalnych zachowań, których nie można zrozumieć....
I choć było trudno, dzięki ciągłej, pielęgnowanej bliskości udało mi się zbudować z nim więź, choć był nieobecny, a potem niechętny.
Bo dzięki temu udało mi się go tyle czasu karmić piersią... co było dla mnie w tamtym czasie sprawą najwyższej wagi...
Bo dzięki temu ogarnął większość swoich trudnych zachowań.
Bo dzięki temu zaczął mówić...
A jak zaczął mówić, to potrafi powiedzieć "Kocham Cię mamusiu".
Bo po 7 latach nauczył się odwzajemniać te wszystkie buziaki, przytulaki i słowa pełne miłości, które dostawał przez całe swoje życie. 

A jednak po konferencji bliskości nabrałam wątpliwości, czy kierując się swoim sercem, czegoś nie pogubiłam. Na szczęście moje serce nie płynie żadnym nurtem i nie stosuje się do żadnych przepisów. Gdy tak opowiadaliśmy (Leomama, Ojciec King Konga i ja - mama magenisiowa) o tym naszym bliskim rodzicielstwie z oddalonymi przez choroby dziećmi, o tym wszystkim, co dla nas było i jest najtrudniejsze, stało się coś, co nas wszystkich zaskoczyło.

Jedna z aktywistek ruchu RB w Polsce, siedząca na widowni psycholog Kaja Kojder-Demska, w części z pytaniami zadała nam, rodzicom dzieci trudnych (znów palnęłam gafę, nie ma trudnych dzieci, są najwyżej nieuleczalnie chore) pytanie, które.... brzmiało z grubsza tak: "Dlaczego na takim wydarzeniu, jakim jest Konferencja Bliskości, można sobie tak po prostu rozmawiać o "zarządzaniu przez dziecko" - to poszło w złą stronę!" [Sformułowania "zarządzanie przez dziecko" w rozmowie z prowadzącą panel Beatą Jewiarz użyła obecna w panelu psycholog Fundacji Synapsis Łucja Sokorska - Maj, prowadząca  zajęcia z rodzicami dzieci z zespołem Aspergera i autyzmem.]

Zapadła cisza. Patrzyło na nas przeszło 200 matek RB czekając, co odpowiemy. Jak wyjdziemy z tej trudnej sytuacji, w której nasze rodzicielstwo bliskości stanęło pod wielkim znakiem zapytania.
Zresztą, czas właśnie skończył.

Przez jeden krótki moment poczułam się BARDZO ZŁĄ MATKĄ.
Poprosiłam o komentarz przyglądającej się rozmowie Agnieszce Stein. 
Dowiedziałam się, że dziecko nie zarządza, nie przejmuje kontroli. Dziecko wyraża potrzeby. To wszystko w temacie. Czas się skończył.

Skonsternowana zaczęłam myśleć, gdzie te zacne ideały miłości, empatii i otwartości na drugiego człowieka w rodzicielstwie bliskości? Gdzie język żyrafy wg NVC ? Gdzie cierpliwość, otwartość na świat taki, jakim widzą go inni? Powiem szczerze, myślałam, że jednym z celów rodzicielstwa bliskości jest również uczenie otwartości na drugiego człowieka, na odkrywanie tego, co kieruje jego językiem, na empatyczne rozumienie świata i kontekstu, w jakim znalazł się rozmówca.
Jakie doświadczenia tworzą w języku rodziców nieuleczalnie chorych dzieci żywe, funkcjonujące sformułowania "zarządzanie przez dziecko, przejmowanie kontroli przez dziecko", które z doświadczenia swojej wieloletniej pracy przytoczyła psycholog z Synapsis?
Jaka bezsilność za tym stoi? 

Kto jest gotowy otworzyć swoje serce i zrozumieć?
Daję słowo, myślałam, że właśnie do tego stworzone jest rodzicielstwo bliskości - do wyposażenia dzieci w otwartość na drugiego człowieka.


Jednocześnie chciałam podziękować Mamani oraz Hafiji za zorganizowanie konferencji i szczególnie za zaproszenie. Bliskość matki i karmienie piersią jest kluczowe dla rozwoju dziecka. Myślę, że każda matka to czuje, nie każda jednak jest w stanie przeciwstawić się rodzinie czy własnym lękom, więc trzeba o tym mówić. Takie spotkania są potrzebne. Warto o tym mówić wciąż i w kółko, bo szczęśliwe dzieci z poczuciem bezpieczeństwa są po prostu naszą przyszłością.
Pozdrawiam wszystkie mamy :)


 

poniedziałek, 20 października 2014

rodzicielstwo bliskości

Jest jeszcze wszystko we mnie żywe po udziale w II Konferencji Bliskości.
Jeszcze grają we mnie wspomnienia tamtych wydarzeń, o których sobie musiałam przypomnieć, gdy podczas panelu opowiadałam o tym, jak to jest być mamą Mikołajka od początku. Od pierwszego dnia. Od pierwszego jego mimowolnego ruchu ręką. Od zgięcia jego paluszka. Od uśmiechu. Od pierwszego karmienia piersią. Od jego pierwszej świadomej radości. Od budowania krok po kroku matczynej miłości w tych wszystkich ukrytych przed innymi cieniach. O moich łzach do rękawa, które czasem spadały na twarz nieobecnego Mikołajka. O moich rozterkach i lęku o przyszłość, gdy spał bez ruchu w przesuwającej się plamie słońca. Cały dzień. O uczuciach, gdy matki zabierały dzieci z piaskownicy, gdy Mikołajek gubił się w swoich emocjach. O samotności i izolacji....

Słuchałam przejmującej opowieści Leomamy, słuchałam zaklętej w zaledwie kilku słowach historii Ojca Karmiącego..... Tyle uczuć, tyle wyzwań, tyle okazji do własnego rozwoju....

Dziś przy wieczornym myciu zębów Mikołaj znów mnie uderzył.
Uderzył w swoim własnym mimowolnym odruchu odmowy, usiłując mi tym rozpaczliwym gestem wyjaśnić, jak on bardzo nie lubi tego mycia zębów. Jak bardzo jest to nieprzyjemne. Jak bardzo go to boli. Bo przy takiej nadwrażliwości boli.
Nie uderzył mnie mocno, ale jakoś tak zabolało. Ukryłam twarz w dłoniach i złapałam powietrze.
- Przepraszam, mamusiu. - usłyszałam zaskoczona.
Patrzył na mnie w taki sposób, jakby bał się, czy na pewno nic mi się nie stało.
Nigdy wcześniej tego nie zrobił. Jakby zaczynał oddzielać od siebie te dwie rzeczy - potrzeby jego i moje.......

sobota, 11 października 2014

fasolka jaś inaczej - pyszna farinata z białej fasoli wegańska bezglutenowa

Bardzo lubię białą fasolę. Jest słodkawa i ma "to coś", co do mnie mówi.
Piekłam już farinatę z grochu, z ciecierzycy, z fasolki mung, ale moja ulubiona to właśnie grochowa i fasolowa, bo jakoś wcześniej, oprócz barszczu, nie znalazłam dla fasoli ciekawego zastosowania.
(Nie cierpię fasolki po bretońsku) :)

I tak oto w wyniku nagłego olśnienia upiekłam to.
I to było bardzo pyszne :)
Zostało zjedzone szybciej niż zrobiłam.
Na gorąco z masłem klarowanym oraz zakwasem buraczanym.....trochę jak tosty.


Składniki (na wielką blachę):


  • 400 gramów białej fasolki, masłowej lub jaś
  • 5 łyżek masła klarowanego w formie płynnej lub oliwy 
  • szklanka do półtorej szklanki wody
  • sól

Wykonanie:



  1. Fasolkę przepłucz i namocz na 12 - 24 godziny. Im dłużej tym lepiej.
  2. Po namoczeniu usuń wodę i przepłucz jeszcze raz.
  3. Tak przygotowaną fasolkę zblenduj wraz z wodą tłuszczem i solą na ciasto o konsystencji śmietany. Jeśli będzie za gęste, dolewaj wody, aż stanie się pożądaną "śmietaną".
  4. Wyłóż ciasto na blachę - rozsmaruj je łopatką najlepiej na papierze.
  5. Piecz w piekarniku na 180 stopni Celsjusza przez około 40 minut (aż góra będzie się brązowić).
  6. Można zjeść zaraz po upieczeniu, a można później, podgrzane na suchej patelni.





Smacznego :)

piątek, 10 października 2014

bezglutenowy wegański placek drożdżowy ze śliwkami

Tęskniąc za smakiem drożdżowego, które wciąż pyszne piecze moja Babcia, upiekłam wreszcie swoje. Zainspirowana (kolejny raz) smakoterapiową pizzą gryczaną, która mi do tej pory zawsze wychodziła, upiekłam, wierząc w to, co robię, własny placek ze śliwkami. I to było to!
Ciasto znikało w tempie błyskawicznym. Kto żyw, sięgał po kolejny kawałek.
Oczywiście dla tych, którzy nie boją się drożdży ;)


Składniki na wielką blachę ciasta:

  • 2 duże pełne szklanki mąki gryczanej
  • mleko roślinne na zaczyn 1 szklanka + tyle, aby ciasto miało konsystencję śmietany (około szklanki)
  • 4 łyżki rozpuszczonego (nie gorącego) masła klarowanego lub oleju kokosowego
  • 40 gramów drożdży
  • 2 łyżeczki cukru trzcinowego lub 2 łyżki melasy na zaczyn
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • szczypta soli
  • kilogram śliwek
  • ewentualnie cukier nierafinowany lub ksylitol do śliwek
  • cynamon do śliwek
Przygotowanie:
  1. Przygotować zaczyn - drożdże rozpuścić w szklance mleka (podgrzewam do 37 stopni) wraz z cukrem lub melasą czterema łyżkami mąki.
  2. Po 20 minutach, gdy zaczyn zabulgocze, dodać mąkę z kardamonem, tłuszcz oraz sól i ciasto wyrobić w robocie lub thermomiksie. Ciasto musi mieć konsystencję śmietany.
  3. Rozłożyć na blaszce (tym razem piekłam na papierze), włożyć przecięte na pół śliwki, każdą posypać cynamonem i ksylitolem lub cukrem. 
  4. Zostawić na pół godziny maks w ciepłym miejscu do wyrośnięcia (rośnie jak szalone) - nie musi długo wyrastać, wystarczy, jak dojedzie do śliwek ;)
  5. Piec na 180 stopni 40 minut.




Wyrasta i smakuje jak szalone :)
Smacznego! 



sobota, 4 października 2014

dwa słowa o szkole

Jeszcze spadają kasztany, ale już zrobił się październik i zebrało mi się na podsumowania.

Mikołąjek ma 7 lat. Mógłby już chodzić do szkoły, ale żadna szkoła nie jest jeszcze gotowa na Mikołajka. Zdecydowaliśmy więc, że w tym roku, w zgodzie z orzeczeniem, które posiada, Mikołaj zostanie w przedszkolu "Magiczna Busola", gdzie może korzystać z pełnej terapii.
Dlaczego żadna szkoła nie jest gotowa?
Tego nie wiem.
Odwiedziłam dwie integracyjne, w których jasno mi powiedziano, że NIE (udałam się na rozmowy na drodze nieformalnej, żeby wybadać grunt).
I dobrze się stało, że to zrobiłam, bo żadna z publicznych szkół integracyjnych faktycznie NIE NADAJE SIĘ. Nie może zapewnić dodatkowej opieki oraz warunków.
Nie może, bo nie chce. Wymagałoby to bowiem wyjścia poza schemat. A szkoły nie mogą wychodzić poza schemat, bo to grozi rozwojem szkolnictwa.

Początkowo, a było to w marcu, odczułam niemoc i bezsilność.
W mojej głowie przebiegały komunikaty w rodzaju !#&&*$###!!!, szczególnie, że Mikołajek, mówiąc coraz więcej słów, zaczął, jeszcze wtedy bez składni, podejmować temat szkoły.
"Co będzie dalej z Mikołajkiem?", zadawałam sobie to pytanie, aż odczułam mdłości.

Byłam tak zdesperowana, że nawet odwiedziliśmy szkołę specjalną.
Świetną szkołę specjalną ze świetnymi warunkami.
W tej szkole byłoby wszystko, czego potrzebuje Mikołajek......jednak nie byłoby zdrowych dzieci, których Mikołajek potrzebuje i chce z nimi być i chodzić z nimi do szkoły.....
Nie mówiąc już o sprawie formalnej, że aby chodzić do szkoły specjalnej, trzeba spełniać kryteria upośledzenia umysłowego.... Mikołajek go nie spełnia. ( I dobrze!!! )

Po jakimś tygodniu ochłonęłam i podjęłam rozmowy z Busolą, aby Mikołajek uczył się nadal u nich. Bo jak na razie to było najlepsze ze wszystkich miejsc na świecie, jakie dostał od losu Mikołajek.
Rozmowy w Poradni PP również dały jednoznaczną odpowiedź, że Mikołajek w Busoli może pozostać <3

Uspokojona, że sprawa jest odroczona i mam jeszcze ROK czasu na znalezienie Mikołajkowi szkoły, gdzie nie będzie za swoją chorobę stał w kącie, jak było to niegdyś w przedszkolu integracyjnym "Zielony Latawiec", po prostu oddałam sprawy Wszechświatowi, wysyłając bez żadnych nacisków tylko jedną małą prośbę, aby szkoła znalazła się w odpowiednim czasie. 

Skończyły się wakacje, podczas których Mikołajek pytał codziennie, czy dziś już pójdzie do przedszkola :) i przyszedł wrzesień. We wrześniu okazało się, że orzeczenie, wystawione przez Poradnię PP kwalifikujące Mikołajka do odroczenia nauki o jeszcze ten rok jest ważne tylko dla MEN, a urzędy dzielnicowe ich nie honorują i wymagają innej dokumentacji.... co oznaczało, że we wrześniu było o krok od sytuacji, w której Mikołajek znalazłby się poza prawem, nikt bowiem z urzędników  nie chciał go wpisać do edukacji przedszkolnej (brak odroczenia) oraz zakwalifikować do subwencji, a nie był zapisany do żadnej ze szkół ( obowiązek nauczania szkolnego od 6 roku życia). Normalnie pat!!! Nie wiem, któremu ministrowi gratulować.

Wchłonąwszy tę informację, westchnęłam, mrucząc pod nosem "co ma być to będzie" oraz "jak nie urok, to sraczka". Na szczęście niezastąpiony tatuś magenisiowy posiadający dar oddziaływania bezpośredniego na kobiety ;) w ciągu dwóch dni załatwił stosowne odroczenia.

I w ten oto sposób pozostał nam już tylko rok, aby znaleźć TO MIEJSCE dla Mikołajka. Z ludźmi, z którymi byłoby mu tak dobrze, jak z Ciociami i Wujkami w Magicznej Busoli.

Ja już wiem, że kiedy Bóg zamyka jedne drzwi, to otwiera drugie.
Nie można bowiem przejść przez różne drzwi - równocześnie.....


wegański kajmak czyli bez mleka ;)

Smak, którym nie mogę podzielić się z dziećmi, bo białka mleka wywołują u nich reakcje uczuleniowe.
Kajmak...

Myślałam, myślałam i wymyśliłam.... :)
Zrobiłam kajmak z kokosa.
Ale jak?
Tak! :)

Składniki:

  • mleko kokosowe własnoręcznie wyciskane z wiórków w wyciskarce ślimakowej  (nie wiem, czy kajmak wyjdzie z mleka w kartonie lub puszce, ponieważ takich nie kupuję)
  • łyżka cukru na każde 200 ml mleka /najlepiej trzcinowy nierafinowany organiczny/

Wykonanie:

  1. Wiórki organiczne (bez siarki) zalać wrzącą wodą lub zagotować. Wody musi być tyle, aby przykryć wiórki.
  2. Po wystudzeniu wycisnąć wiórki w wyciskarce ślimakowej.
  3. Mleko wlać do dużego rondla lub na patelnię i redukować na wolnym ogniu.
  4. Często mieszać.
  5. Gdy się zagotuje, dodać cukier. 
  6. Gdy masa zgęstnieje i zbrązowieje - po około godzinie (przy 600 ml mleka) zlać wytopiony tłuszcz - troszkę można zostawić, ale nie cały.
  7. Masę kajmakową zblendować, aby stała się jednolita.








Smacznego :)



Uwaga - zachowuje się tak samo, jak mleczny kajmak - czyli twardnieje w lodówce :)